Moje święta w Norwegii

 

Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o pewnych świętach Bożego Narodzenia, spędzonych kilka lat temu u teściów w Norwegii. Były to czasy, kiedy mój teść i szwagierka Kate jeszcze żyli, a my byliśmy zagonionymi rodzicami naszych małych dzieci. Teraz teścia i Kate już z nami nie ma, a my staliśmy się rodzicami zagonionych nastolatków.

Był wigilijny dzień. Pracę skończyliśmy o 12-tej, odebraliśmy dzieci z przedszkola, spakowaliśmy do samochodu prezenty i wszystkie inne potrzebne rzeczy, po czym udaliśmy się w drogę na tak zwane „Święta na gotowe” do teściów. Drogi były już porządnie zaśnieżone, pługi pracowały nieprzerwanie od wczesnych godzin rannych, a śnieg ciągle padał. Z tego powodu widoczność była znacznie ograniczona, a dodatkowo było też ślisko, więc trzeba było jechać powoli. Czas nam nieubłaganie uciekał, bo musieliśmy zdążyć na prom, który tego dnia miał już swój ostatni kurs, a następny miał być dopiero drugiego dnia Świąt. Nie widząc innego wyjścia, zadzwoniliśmy do teściów z informacją o zaistniałej sytuacji. Wtedy to teść postanowił wypłynąć po nas swoją łodzią rybacką. Jak postanowił tak też zrobił i tuż po dojechaniu do portu, w oddali widzieliśmy już płynący w naszym kierunku statek. I w ten sposób dotarliśmy na półwysep, który na czas Świąt został już zupełnie odcięty od stałego lądu.

Płynąc, po drodze mijaliśmy pięknie oświetlone zagrody, ozdobione dostojnie przydomowe drzewka, światełka w oknach oraz domy ozdobione w lampki i figurki Mikołaja i wianki na drzwiach.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, w mieszkaniu u teściów unosił się już świąteczny nastrój. Na komodach nakryte były piękne świąteczne obruski, na których stały różne skrzaty i światełka. Wszędzie pięknie pachniało, w przedpokoju kadzidełkiem, w salonie palonym drzewem w kominku oraz świerkem, a w kuchni unosił się zapach przypraw korzennych oraz przygotowanego jedzenia.

Wraz z teściową, Kate i dziećmi udaliśmy się do pobliskiego kościółka, gdzie ksiądz wygłosił piękne kazanie. Później odbyło się wspólne chodzenie wkoło choinki i śpiewanie kolęd, a na końcu wszyscy złożyliśmy sobie życzenia Wesołych Świąt, po czym udaliśmy się do naszych domów na wieczerzę. W międzyczasie mężczyźni pilnowali pieczonego mięsa, którego aromat unosił się w całym domu, a my wracając, czuliśmy go już od drogi.

Choinka ubrana, potrawy przygotowane, pozostało więc tylko nakryć do stołu. Teściowa miała już gotowy świąteczny obrus, na środku stołu stał świecznik z czerwonymi świeczkami oraz solniczka i pieprzniczka w formie zabawnych mikołajków, a także wykałaczki w pojemniku z świąteczną nutą. Na stół rozłożyliśmy też talerze i szklanki z wzorem świątecznym oraz najlepsze sztućce, a piękne dopełnienie tego wystroju stanowiły świąteczne serwetki.

O godz. 17-tej włączyliśmy kanał NRK 1, gdzie sølvguttene (srebrni chłopcy, coś w stylu poznańskich słowików) swoim śpiewem zapraszali na święta do norweskich domów. W tle chór śpiewał pieśni w Oslo domkirke, a my zasiadaliśmy wspólnie do wieczerzy. Na stole tradycyjnie mieliśmy Juleribbe, czyli żeberka wieprzowe z ziemniakami i kiszoną kapustą, zarówno białą jak i czerwoną oraz ze śliwkami i brązowym sosem. Do picia mieliśmy juleøl, tj. piwo świąteczne, a także czerwone wino, a dla dzieci julebrus, czyli świąteczna oranżada.

Po obiedzie przyszedł czas na deser, którym był bardzo popularny tutaj pudding ryżowy z sosem malinowym. Po obiedzie posprzątaliśmy ze stołu, mężczyźni i dzieci zostały w salonie, a my krzątałyśmy się w kuchni. Potem nadszedł czas, by zaparzyć kawę i przygotować co nieco do kawy. Teściowa już na długo przed świętami upiekła siedem rodzajów ciasteczek (opowiadałam Wam o tym w poprzednim poście) oraz ciasto, a na lokalnym jarmarku zaopatrzyła się w co najmniej dwa rodzaje lefser (wyglądem przypominają one składane naleśniki). Był też przepyszny Moltekrem z moroszki, schowanej na tę szczególną okazję.

W salonie paliło się kilka malutkich świeczek, z pieca czuło się przyjemne ciepełko, a z adapteru wydobywały się piękne koledy w wykonaniu szwedzkiej piosenkarki – Carola. Na stole zrobił się taki szwedzki stół na słodko. Każdy mógł podejść i wybrać to, na co miał ochotę. W międzyczasie, akurat w momencie, gdy teść nam gdzieś zniknął, do drzwi zapukał Święty Mikołaj. Rozdał on prezenty grzecznym dzieciom i poszedł dalej, bo miał przed sobą bardzo pracowity wieczór. A kiedy teść wrócił, nadszedł wyczekiwany przez najmłodszych czas na rozpakowywanie prezentów. Później dzieci poszły spać, a dorośli zostali, by wspólnie sobie posiedzieć i w spokoju porozmawiać. Siedzieliśmy tak sobie i popijając już nieco mocniejsze trunki (były przecież Święta, a wiadomo, że kieliszek wina czy też koniaku od święta jeszcze nikomu nie zaszkodził), rozmawialiśmy o tym, że tegoroczne Święta są wyjątkowe i magiczne. Magiczne, bo cudownie białe, a wyjątkowe, bo po raz pierwszy wszyscy byliśmy razem w tak licznym gronie. I właśnie w tak wyjątkowy sposób zakończyliśmy ten wigilijny wieczór.

Nadszedł pierwszy dzień Świąt, który jest czasem spokoju, wyciszenia i spędzenia czasu w gronie najbliższych. Dzień rozpoczęliśmy więc od wspólnego śniadania ze świątecznym, słodkim chlebem z bakaliami oraz z bułeczkami i ciasteczkami owsianymi. Były też różne rodzaje świątecznej szyneczki i salcesonu, pasztetów, serów, śledzie z cebulką, ogórki z octu i buraki jako dodatki oraz własnej roboty gomme, tj. serek z cynamonem i rodzynkami.

Po śniadaniu dzieci bawiły się nowymi zabawkami oraz oglądały bajki. A potem wybraliśmy się wszyscy na dwór, aby się przewietrzyć. Dzieci lepiły bałwana u dziadków w ogródku, a na pobliskim polu zdjeżdżały z górki na nartach.

Przyszedł czas obiadu, na który zgodnie z tradycją został podany pinnekjøtt (mięso na kijach). Mąż z teściem poszli do lasu, aby poszukać gałązek brzozowych, które układa się na dnie garnka, a na nich dopiero mięso, które nabiera specyficznego smaku. Pinnekjøtt to słone, suszone żeberka jagnięce z tłuszczem, ziemniakami, czerwoną kapustą i purre z brukwi. Na deser był, bardzo popularny w Norwegii, pudding karmelowy z sosem karmelowym.

Po tym spokojnym, rodzinnym dniu, przyszedł drugi dzień Świąt, który jest czasem odwiedzin, zabaw i tańców dla młodzieży. W ten dzień odwiedziliśmy mieszkających w pobliżu innych członków rodziny. Czas spędziliśmy głównie na kosztowaniu różnych świątecznych pyszności, a ponieważ każda rodzina ma swój własny wybór ciasteczek, trudno było się oprzeć pokusie. Była to też świetna okazja, by podziękować za prezenty lub też pochwalić się co się dostało na gwiazdkę.

Również tego dnia, tradycyjnie wszystkie dzieci, wnuki i prawnuki, które są w okolicy, zapraszani są do teściów na wspólny obiad. Serwuje się wtedy tradycyjnie kveite, tj. płastugę, osobiście złowioną przez teścia, a przyrządzoną przez teściową. Do tej pysznej ryby dodaje się ziemniaki, warzywa i gotowane jajko z masłem. Na deser są lody z własnoręcznie robionym przez teściową sosem czekoladowym oraz mrożone owoce.

Były to zdecydowanie wyjątkowe Święta Bożego Narodzenia, ale myślę sobie, że tak naprawdę każde Święta takie właśnie są… Wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. Doceńmy ten szczególny czas. Będąc wpatrzonymi w wystrojoną choinkę i uśmiechnięte twarze naszych bliskich, na nowo odkrywajmy znaczenie świąt, rodziny i miłości. I tego właśnie Wam życzę na te Święta.

julenek