Mój pierwszy dzień w nowym kraju

 

Ten obraz chyba już na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Pomimo, że był grudzień, dzień był piękny, słoneczny. Pamiętam – jakby to było wczoraj – rodziców siedzących na ławce na dworcu autobusowym w Poznaniu: zapłakaną mamę, zatroskanego tatę i mnie za szybą autobusu, kiwającą im na pożegnanie. Nie czułam wtedy nic… ani tego, że moje serce szybciej biło, ani podwyższonego pewnie ciśnienia, ani ściskającego gardła. Jedyne co czułam, to zupełna pustka emocjonalna. Może dlatego, że zupełnie wtedy nie wiedziałam co mnie czeka i czego mogę się spodziewać, i by zaoszczędzić siły na emocje, które mogą mi towarzyszyć w nadchodzącej przyszłości, okryłam się pancerzem znieczulenia. A może to rodziców było mi żal i aby im zaoszczędzić dodatkowych zmartwień, tylko z pozoru byłam taka obojętna?

I właśnie w ten słoneczny, grudniowy dzień wyjechałam z mojego kraju nad Wisłą, miodem i mlekiem płynącym, mając pełną świadomość, że nie zobaczę mojej rodziny przez następne pół roku. Wyjazd do Norwegii jako au pair był na rok, ale ja ubłagałam w ambasadzie w Warszawie o pół roku, bo wydawało mi się, że dłużej nie dałabym rady. Poza tym, miałam plan pójścia dalej na studia, po tej krótkiej, półrocznej przerwie odpoczynku od wszystkiego, czym do tej pory żyłam i się zajmowałam.

Zanim wyjechałam do Norwegii kupiłam książkę i kasetę do nauki norweskiego i udałam się w odwiedziny do mojej siostry. Siostra przyniosła do kuchni magnetofon i obie w wielkim skupieniu czekałyśmy na to, co za chwile miało nastąpić. A kiedy usłyszałyśmy pierwsze dźwięki, obie spojrzałyśmy na siebie i wybuchnęłyśmy śmiechem. Ten język i melodia kompletnie nic nam nie przypominały i wydawał się on wręcz niemożliwy do nauczenia. Dlatego po tak szokującym początku wzięłam się za intensywną naukę nowego języka. Przeczytałam też cały przewodnik i przestudiowałam całą mapę, zrobiłam zakupy zimowych rzeczy i wszystko to spakowałam do jednej walizki o wadze max 25 kg. Nie było łatwo, ale Polak potrafi, a zamek, tak jak ja, nie poddał się i wszystko się wcisnęło. Przy pakowaniu mogłam też liczyć na pomoc kochanego rodzeństwa.

I tak spakowana w jedną walizkę wsiadłam w autobus i o godzinie 15 ruszyliśmy do Świnoujścia, by dostać się na prom. Drogi przez Polskę nie pamiętam, może dlatego, że ogólnie dużo podróżuje, a może dlatego że siedziałam obok miłej, starszej pani, która skutecznie umilała mi podróż. Do tego zawsze ktoś coś powiedział i atmosfera w autobusie była całkiem przyjemna. Większość osób albo jechała do rodziny, albo mieszkała na stałe w Norwegii. Były to osoby, które wyjechały do Norwegii jeszcze w latach 80-tych. Pamiętam, że rozmowa zeszła też na temat wagi w Norwegii, że można tam łatwo przytyć, bo produkty to półfabrykaty.

Na promie nadal spędzałam czas z tą miłą panią, dzięki której wszystkie troski odnośnie podroży i nowego kraju nie męczyły moich myśli. Mama na siłę zapakowała mi kurczaka z rożna, bo podróż strasznie daleka przecież, więc trochę się nim pożywiłam. Prom okazał się być w sam raz jak na jedną noc: bar, kafeteria, restauracja, jakuzi, dyskoteka, itd. Ja miałam też w swojej kabinie łóżko. A w klubie spotkałam się ze znajomą na herbatę. Bardzo miło wspominam tę przeprawę.

Zamęt zrobił się dopiero na granicy, bo trzeba było wtedy zgłosić co się przewozi. Dostałam kilka pytań od współpasażerów czy mogę im alkohol przetrzymać na czas kontroli, ale niestety nie mogłam pomóc, bo sama miałam swój limit wyczerpany.

Potem jechaliśmy już przez Szwecję. Ta część podróży również mi się podobała – były szybkie postoje, a ogólnie podróż była dość ekscytująca. Po drodze zawsze ktoś wysiadał. Po południu dotarliśmy do dworca w Oslo. Miasta nie znałam zupełnie, więc znajoma dziewczyna z autobusu zaprowadziła mnie na dworzec. Usiadłam i czekałam na pociąg, do którego odjazdu miałam może z 3 godziny czasu. Usłyszałam polską mowę, zagadałam. Okazało się, że kobieta dopiero co wyprowadziła się z Bodø. Zapytałam się czy da się tam żyć? Chodziło mi o to czy Polak się tam odnajdzie. Powiedziała, że zostali tam jeszcze jacyś Polacy i że ogólnie nie jest źle.

Potem nadjechał mój nocny pociąg. Miałam w nim spędzić jakieś 12 godzin, więc położyłam się spać w dwuosobowej kabinie. Niestety na każdym zakręcie moja walizka lądowała na łóżku i mnie budziła, co gorsza tych zakrętów było dość dużo, a były też tunele. Zmęczona, rano zjadłam śniadanie w formie takiego szwedzkiego stołu na końcu wagonu. Było to dobre rozpoczęcie dnia, bo niedospana po nocy, ale najedzona, byłam gotowa do dalszej części podroży.

Później w Trondheim przesiadłam się jeszcze na pociąg dzienny. Jazda była długa, ale jakoś zbytnio mi się nie nudziło, bo wokół były cudowne tereny górzyste, drewniane domki, a ja jak zahipnotyzowana gapiłam się w okno, dojadając resztki domowego placka. Nagle w pewnym miejscu do pociągu weszli też przebierańcy i zaczęli śpiewać norweskie kolendy. Zrobiło to na mnie bardzo miłe wrażenie, a piosenki bardzo mi się podobały. Jeden z nich podarował mi kartkę świąteczną i zagadał do mnie po norwesku, ale ja tylko wybąkałam po angielsku, że nie znam norweskiego i podziękowałam za kartkę. Później jeszcze przez kilka lat na głos tych świątecznych piosenek przypominałam sobie tych kolędników z pociągu.

Dojechałam wreszcie do Bodø, a na peronie czekała na mnie uśmiechnięta kobieta o skandynawskiej urodzie: blond włosy, wysokie i czerwone od zimna kości policzkowe, uśmiech, ubrana w czerwony anorak. Bodø zrobiło na mnie pozytywne wrażenie, choć oglądałam je po raz pierwszy wieczorem, bo pociąg na stację dojechał po godz. 20-tej. Po dotarciu na miejsce zadzwoniłam do Polski z informacją, że po prawie trzech dniach podróży wreszce dojechałam (wyjechałam w piątek o 15-tej, w sobotę o 17-tej byłam w Oslo, w niedziele byłam w trasie, a dopiero wieczorem po 21-ej byłam na miejscu, czyli podróż trwała jakieś 54,5 godziny). A w głowie miałam słowa piosenki „mój jest ten kawałek podłogi, nie mówcie mi co mam robić…”

Rano nie chciałam się obudzić, była godzina jedenasta, a za oknem nadal ciemno i nawet kot nie reagował na moje wołanie. Bardzo wtedy nie chciałam wstać z łóżka, nie chciałam, by rano nadeszło, a oni na mnie czekali i widząc mnie wytknęli: ile można spać? Rodzinę tę wcześniej znałam tylko ze zdjęcia i jednej rozmowy telefonicznej. Rozejrzałam się dookoła… lasy, pola, spokój, koło domu łosie oraz najbliższy sąsiad, który chętnie kręcił się koło domu. Rozmowa podczas śniadania była dość dziwna, gdy próbując ukroić ser kantem noża usłyszałam pytanie: ciężko? Nie, nie ciężko – odparłam, myśląc, że dziura w środku to ozdoba, a nie ostrze J Kobieta poinformowała mnie też o łosiach i doradziła, aby nie dzielić matki z dziećmi, bo wtedy matka łoś może stać się agresywna i zaatakować. Dzień ten był pełen wrażeń, bo dzieci tyle rzeczy chciały mi pokazać… swoje pokoje, książki, zabawki. Były to dzieci w wieku 3 i 5 lat i bardzo do mnie krzyczały, bo myślały pewnie, że niedosłyszę.

Cóż… Warto pamiętać, że początki nigdy nie są łatwe. Moje początki do najłatwiejszych nie należały, ale moja wiara i upór zaprowadziły mnie do miejsca, które teraz nazywam swoim domem. Życzę Wam szczęścia i powodzenia w życiu, abyście niezależnie od miejsca, w którym obecnie się znajdujecie, czuli, że jesteście sterem i okrętem w swoim własnym życiu.

Wpis jest częścią wiosennego projektu Klubu Polek na Obczyźnie: http://klubpolek.pl/