Mój Klub Polki na Obczyźnie

Dzisiaj opowiem Wam o klubie, do którego dumnie należę od pewnego czasu. Jego historia sięga 5 lat – to naprawdę dużo. Prawie jak stały związek, który z czasem utwierdza nas w przekonaniu, że jest nam ze sobą dobrze i chcemy w nim trwać i wspólnie obchodzić kolejne jubileusze. Do klubu zapisałam się dwa lata temu i była to jedna z najlepszych decyzji, jakie kiedykolwiek podjęłam. Od razu, instynktownie poczułam, że to miejsce dla mnie! I choć nigdy wcześniej nie pisałam bloga, postanowiłam spróbować swoich sił i wyjść poza sferę komfortu egzystowania w domowym zaciszu, wystawiając się na opinię nieznanych mi osób. Moje życie było poukładane, całkiem nieźle sobie radziłam. Na emigracji byłam już kupę czasu, odnalazłam moje miejsce na ziemi. Było mi tam dobrze, ale z biegiem lat stwierdziłam, że do pełni szczęścia czegoś mi jeszcze brakuje. Miałam już rodzinę, ustabilizowaną sytuację życiową, wspaniałych znajomych, ALE… No właśnie. Zawsze musi być jakieś ALE. Dopiero gdy przystąpiłam do klubu zrozumiałam, za czym tak jeszcze tęskniłam. Dzięki niemu moje życie wzbogaciło się o nowe, bratnie dusze.

Przyznam szczerze, że już kilkakrotnie próbowałam coś pisać na ogólnodostępnych portalach, choć nigdy do końca nie byłam usatysfakcjonowana. Na żadnym inny forum nie odebrałabym tak łagodnie krytyki, jak w naszym klubie, bo nawet jeśli coś zazgrzyta, to jesteśmy w stanie sobie to zawsze w normalny, ludzki, kulturalny sposób wyjaśnić. Bez zbędnego mieszania z błotem i wylewania jadu i nienawiści, jak to coraz częściej się w Internecie zdarza. Klub to takie moje centrum wiedzy z każdej dziedziny. Studnia bez dna, z której każdy może zaczerpnąć coś dla siebie. Źródło mądrości, doświadczeń, dobrych rad, pomysłów i rozwiązań, na które sama nigdy bym nie wpadła, bo nasze życie i doświadczenia są tak niesamowicie odmienne. Różnimy się wiekiem, pasjami, charakterem, wykształceniem, pracą, jaką wykonujemy, ale to co nas łączy, to przede wszystkim doświadczenie emigracji – codzienna nauka nowego życia, w zupełnie nowych warunkach. Ach, łączy nas jeszcze jedno – jesteśmy kobietami, choć jest i jeden rodzynek w naszym klubie. I całe szczęście. Jego odmienny, bo męski punkt widzenia, pozwala nam czasem lepiej zrozumieć innych ludzi i siebie nawzajem. Niekiedy jego obecność pozwala rozładować wszelkie napięcia. Można powiedzieć, że to człowiek, który wspaniale dozuje te nasze wszelkie przyprawy w jednej zupie o nazwie http://klubpolek.pl/

Po tym, gdy już stałam się członkinią, okazało się, że blog jednej z dziewczyn – Asi – od dawna z przyjemnością czytałam, nie będąc świadomą, że realizuje się na łamach tej właśnie „organizacji”. Poznałam też inne dziewczyny, a wraz z nimi nowe, ciekawe miejsca w sieci, ale i na świecie. Bo klub to trochę takie okno na świat. Podczas rozmów ze znajomymi czasami poruszam tematy, o których wiedzę czerpię właśnie z opowieści dziewczyn, jak choćby dotyczących życia na Dalekim Wschodzie, m. in. w Wietnamie. Dzięki Anecie i Ani miewam czasem tyle informacji, że rozmówcy dziwili się, że jeszcze nigdy w tych krajach nie byłam, choć opowiadam o nich jakbym je znała od podszewki.

Któregoś razu pokazałam dzieciom kotki Ani: Kimczi (uwielbiam to imię) i Chili – którego znalazła sparaliżowanego, chorego, bezdomnego. Dziewczyna ma naprawdę ogromne serce. Przygarnęła je i dała im dach nad głową. Teraz kociak wygląda jak nowonarodzony, bo dostał swoją drugą szansę w życiu i ją wykorzystał. W klubie cieszymy się naszymi wspólnymi, małymi i dużymi szczęściami, jak narodziny dziecka czy inne sukcesy w życiu prywatnym i zawodowym. Ale gdy jest taka potrzeba, możemy się również wyżalić czy ponarzekać, a w gorszych momentach nawet wspólnie – wirtualnie – popłakać.

Panuje u nas taki zwyczaj, że raz do roku organizujemy wspólny zjazd. Dzięki temu wszyscy mamy okazję się zobaczyć i odwiedzić inny kraj. Ostatnim razem była to piękna Holandia. Dla mnie dodatkowym plusem było, że mogłam wtedy podziwiać przecudne tulipany, które tak uwielbiam. Gdy wybierałam się na zjazd po raz pierwszy, znajomi dziwili się, że chcę jechać na spotkanie z dziewczynami, których nigdy wcześniej nie widziałam na oczy. Całe szczęście mąż dał się namówić na ten wyjazd. Zawsze uśmiechnięta i pozytywnie nastawiona do życia Marta, okazała się być wspaniałą gospodynią, a inne dziewczyny z klubu, w realu były jeszcze fajniejsze, niż on-line. Tak też nabraliśmy ochoty na kolejne spotkania. Do następnego spotkania już nie musiałam namawiać męża. Sam nie mógł się doczekać kolejnego zjazdu. Planowaliśmy spotkanie w Portugalii. Niestety, gdy przyszedł czas na organizowania wyjazdu, okazało się, że bilety lotnicze są za drogie na naszą kieszeń. Cóż zrobić, takie życie.

Czasem organizujemy sobie też w klubie różne wirtualne imprezy. Ja uwielbiam Sekretnego Mikołaja – urządzamy wtedy tajne losowanie i robimy sobie nawzajem prezenty. Pamiętam, jak w ubiegłym roku zaangażowałam do tego zadania norweskich kolegów z pracy i jak wspólnie wybieraliśmy prezent dla wylosowanej przeze mnie dziewczyny. Padła nawet propozycja wysłania suszonej ryby, ale się nie odważyłam, za co adresatka powinna być mi bardzo wdzięczna. Pamiętam też, jaką radość sprawił mi prezent od Malwiny – cudowny szalik budził zazdrość wśród koleżanek, a różany krem do rąk z Bułgarii to jeden z najlepszych prezentów, jakie dostałam.

Mamy też różne akcje charytatywne. W tym roku jedna z nich nosi hasło „Mikołajek dla Mikołajka”. Wystawiamy na niej różne przedmioty charakterystyczne dla kraju, w którym mieszkamy, by zebrać pieniążki na rehabilitację poruszającego się na wózku inwalidzkim chłopca. W ubiegłym roku zebraliśmy w ten sposób 2 tys. złotych.

Naszym wspólnym celem było też wydanie książki z opowiadaniami z życia wielu z nas. W przyszłym roku powinno pojawić się kolejne jej wydanie, kto wie, może tym razem z moim opowiadaniem? Jak widać – nie osiadamy więc na laurach, tylko cały czas rozwijamy się i działamy.

Uczestnictwo w klubie dało mi możliwość poznania wielu nowych koleżanek, które często imponują mi wiedza, zaradnością, życiową mądrością i utwierdziły mnie w przekonaniu, że w grupie jest siła i moc. Klub poszerzył moje horyzonty oraz dodał mi wiary, że jak się coś chce, to i sposób się zawsze znajdzie. I tak oto i ja zaczęłam pisać bloga, a teraz kończę już moją własną, autorską książkę. Bez klubu pewnie nigdy nie poszłabym w tym kierunku.

Na koniec chcę nam wszystkim pogratulować tych 5 wspólnych lat, a założycielce Magdzie pomysłu, który trafił na podatny grunt, wywołując tyle radości i szczęścia. Życzę nam kolejnych jubileuszy, spotkań, projektów i sukcesów.

 

 

 

 

 

  • Agata Maj Cher

    Podobne przyciąga podobne 😉 Dlatego znalazłaś klub, w którym się czujesz jak u siebie

  • Aleksandra Załęska

    Bardzo fajny pomysł na założenie takiego klubu. To na pewno daje.moŻliwość poznania innych ciekawych osób.

  • Jest pewien fenomen, którego jakoś nie potrafię zrozumieć. Jestem mianowicie pewien, że gdybym wyemigrował z Polski, to starałbym się przede wszystkim zintegrować z moimi nowymi współómieszkańcami, a po jakimś czasie zapewne też współobywatelami. Pewnie odwiedzałbym od czasu do czasu polski kawałek internetu, ale przede wszystkim starałbym się być aktywny w tym nowym. Jak myślisz, czemu Polki i Polacy na emigracji tak bardzo chcą być jedną nogą w starym kraju? Pytam bez żadnej złośliwości, po prostu tego nie rozumiem.

    • Kto pyta nie bladzi, wiec czasem warto po prostu zapytać. Ja myślę, ze to cos jakbyś wyemigrował do innego województwa tj. nadal pamiętasz gdzie wcześniej mieszkałeś, mówisz starym dialektem, wspominasz, a nawet chętnie wracasz w stare strony, a może kiedyś wrócisz i na stale.

    • Marku, pozwolę sobie spróbować odpowiedzieć na Twoje pytanie. To nie tak, że tylko Polacy żyjący na emigracji mają stały kontakt ze swoim krajem. Myślę, że dużo zależy od wychowania i świadomości swojego pochodzenia. Im więcej podróżuję po świecie, tym bardziej widzę, że tęsknię za Polską, tak po prostu. Za pierogami ruskimi, za szeleszczeniem, za szybkim załatwieniem sprawy w urzędzie (i uwierz mi, że nie mówię tego ironicznie). Wydaje mi się, że my, Polacy, z roku na rok mamy coraz mniejsze kompleksy i jesteśmy świadomi swojego pochodzenia. Dbamy o tradycję i nie chcemy stracić tego, co mamy we krwi i tego, co udało się wypracować wcześniejszym pokoleniom.
      Co do tego, że nie tylko Polacy chcą być jedną nogą w swoim kraju – nie mam zbyt dużych doświadczeń związanych z emigracją, ale przez długi czas działałam w środowisku zrzeszającym zagranicznych studentów przyjeżdżających na pół roku lub na rok do Polski (tzw. Erasmusi). Tacy Hiszpanie – trzymają się tylko ze sobą, wychodzą we własnym towarzystwie, a jeśli wpuszczą do swojej grupy kogoś, kto nie jest z Hiszpanii znaczy to, że musieli go bardzo, ale to bardzo polubić. Włosi wychodzą w swoim towarzystwie na kolacje, oglądają wspólnie mecze włoskich drużyn, interesują się tym, co dzieje się u nich w kraju, a nawet zakładają stowarzyszenia i organizują spotkania italofilów. Szwedzi, na przykład, potrafią wynająć całą kamienicę, która będzie zamieszkana przez swoich współbraci. Razem chodzą na zajęcia, do kawiarni czy do biblioteki, żeby się pouczyć.
      Jak widzisz, nie tylko Polacy są ciekawi tego, co dzieje się w kraju i chcą mieć z nim stały kontakt. Dlaczego tak jest? Wydaje mi się, że dlatego, że dopiero gdy wyjedzie się z Polski na dłużej i posmakuje się mieszkania za granicą, zauważa się, że w Polsce wcale nie jest tak źle i że to nie jest trzeci świat. No i jakby nie patrzeć – to zawsze będzie nasz/Twój dom, czy tego się chce czy nie.

      • To ciekawe, co piszesz. Wynikałoby z tego, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Nie zmienia to jednak faktu, że Polacy wciąż opuszczają swój kraj i raczej nie wracają, a więc jednak z jakichś powodów jest im lepiej tam, dokąd wyjechali. Mimo że nie ma tam pierogów i nikt nie szeleści. Zaraz – jakie nikt? A jest jeszcze jakieś miejsce na Ziemi bez Polaków?! 🙂

        • Nie mówię, że w Polsce jest najlepiej, bo sami dobrze wiemy, że tak nie jest. Wiadomo, że jeśli ktoś ma okazję wyjechać za granicę i przyzwoicie zarobić niż odliczać od pierwszego do pierwszego w swoim własnym kraju to wybierze tę pierwszą opcję.
          Starałam się jednak odpowiedzieć na Twoje pytanie, które brzmiało „czemu Polki i Polacy na emigracji tak bardzo chcą być jedną nogą w starym kraju? ” i pokazać, że nie tylko Polacy starają się mieć łączność ze swoją ojczyzną.
          A czy wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma? Myślę, że i w tym powiedzeniu jest dużo prawdy 🙂
          Pozdrawiam!

  • Bardzo sympatyczny pomysł 🙂

  • Świetna sprawa 🙂 A propos spotkania się w rzeczywistości po dłuższym kontakcie wirtualym, to też pamiętam, że się stresowałam gdy wybrałam się na spotkanie pewnych forumowiczek. Oczywiście zupełnie niepotrzebnie się obawiałam – już od 10 lat się widujemy i jest sympatycznie 🙂

    • Fajnie jest się spotkać od czasu do czasu w realu. Myślę, że takie spotkania są coraz bardziej popularne 😊

  • Marysia

    Dobrze że znalazłaś swoje miejsce w sieci 🙂

  • Super pomysł! Dobrze wiedzieć, że coś takiego działa. Kto wie, może kiedyś mi się przyda 😉

  • Piękna historia 🙂

  • super pomysł 😀 ale najbardziej mnie zachwycił ten tort <3

  • Iwona – Inspirująca XL-ka

    Fajnie jest odnaleźć swoje miejsce gdzie człowiek czuje się swobodnie, gdzie jest lubiany i doceniany. Super

  • Ja się wcale nie dziwię, że znalazłaś swoje miejsce na ziemi – i ja w Norwegii czułam się cudownie. Mam wrażenie, że cała Skandynawia mogłaby i dla mnie stać się domem…:)

  • Anna Kozakiewicz

    świetne pomysły

  • Znalezienie innych osób w podobnej sytuacji daje wsparcie, dlatego fajne są takie grupy 🙂

  • Super pomysł. Ja również dołączam się do życzeń.

  • Fajnie, że powstają takie kluby 🙂

  • Ale fajna sprawa! Świetnie się czyta o takich integracyjnych inicjatywach. Istnieje jeszcze w nas duch wspólnotowości! 🙂

  • Patrycja Sadło

    swietna inicjatywa. bardzo fajnie, ze o tym piszesz: moze zainspirujesz kolejne osoby do dzialania? ja sama nie wyobrazam sobie zycia na emigracji dlatego domyslam sie jakie znaczenie moze miec takie miejsce.