Dlaczego książka, self-publishing, cześć. 2

 

Self-publishing okazał się jedyną szansą na zrealizowanie mojego marzenia. Gdyby nie ta opcja, pewnie nigdy nie miałabym możliwości wydania własnej książki. Sprawdzałam, analizowałam, porównywałam oferty wielu wydawnictw, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że nie powierzę mojej książki w ręce przypadkowego redaktora, nie zamrożę tekstu na 5 lat w jakimś – choćby nawet najlepszym – wydawnictwie, i to do mnie będzie należała ostateczna decyzja, co znajdzie się na okładce. Nie zależało mi też na tym, by moi bliscy znaleźli książkę na półce z bestsellerami w Empiku. Ważna była dla mnie treść i przekaz, a nie szeroko pojęta popularność.

Są niestety i minusy self-publishingu. Największy to koszty, jakie trzeba ponieść. A nikt przecież nie da mi gwarancji, że się one zwrócą. Mimo to byłam w stanie zaryzykować, choćby po to, by poczuć, że książka jest od początku do końca moja, że jest taka, jaką sobie wymarzyłam. Aby uzbierać odpowiednią sumę, brałam dodatkowe dyżury w pracy, ale tutaj też kryło się pewne niebezpieczeństwo. Przepracowanie zabija bowiem kreatywność i ochotę na pisanie. Musiałam też nieco bardziej panować na swoimi finansami – robiłam bardziej przemyślane zakupy, nie wydawałam pieniędzy na rzeczy, bez których mogłam się spokojnie obejść. Nie da się ukryć, samodzielne wydanie to naprawdę duży wydatek, ale o tym więcej opowiem w kolejnym wpisie.

Najłatwiej chyba poszło z wyborem grafika. W pewnym sensie zadecydował przypadek. Jakiś rok temu zobaczyłam okładkę zaprojektowaną przez panią Lidkę i od tego momentu wiedziałam, kto stworzy moją. Pytanie jeszcze, co miało się na niej pojawić, bo pomysłów miałam mnóstwo. Ostatecznie padło na zdjęcie zorzy wykonane przez mojego kolegę Alka któregoś grudniowego wieczoru. Gdy tylko mi je pokazał, od razu widziałam oczyma wyobraźni jak będzie wyglądała okładka książki. Tył natomiast to moje zdjęcie z czerwca, robione o godz. 1 w nocy. Tak więc przód książki to noc polarna i widok zorzy, a tył – dzień polarny. Podoba mi się ten kontrast, bo w życiu też co chwila doświadczamy cieni i blasków, ale zawsze po nocy przychodzi dzień.

Znalezienie redaktora sprawiło mi nieco większy kłopot. Szukałam długo i do samego końca nie byłam pewna. We wrześniu, szperając po facebooku, natknęłam się na Kingę i już wiedziałam, że to właśnie ta osoba. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, napisałam maila. Odpowiedź przyszła błyskawicznie. Kinga ma podobną do mnie wrażliwość i dlatego tak świetnie nam się współpracowało. W pracy pomagała jej asystentka Kamila, bo ponoć co 2 pary oczu to nie jedna. Zasugerowały, żeby zrezygnować z ok. 10% procent tekstu, głównie z tych fragmentów, które i mnie gdzieś podświadomie nie pasowały do całości. Chciałyśmy osiągnąć taki efekt, że czytelnik „pochłania” książkę jednym tchem. W końcu sama, gdy czytam, to omijam nudne fragmenty, więc i Wam chciałyśmy tego oszczędzić. Często zdarzało się jej komentować na zasadzie: „Tylko tyle? Nic więcej tutaj nie dodasz?”. Najczęściej w miejscach, gdzie sama czułam, że należałoby coś dopowiedzieć. Teraz już wiem, że nigdy, przenigdy, nie zdecydowałabym się na wydanie książki bez uprzedniej redakcji. Co więcej, gdy okazało się, że konieczna będzie jeszcze dodatkowa redakcja, z pomocą przyszła mi klubowa koleżanka Ania, która mieszka w Portugalii i ciągle siedzi w książkach robiąc m.in. tłumaczenia.

Do korekty wybrałam Mariolę, bo uważam, że jest w tym najlepsza. Na co dzień zajmuje się pracą z tekstem, a poza tym robiła już wcześniej korektę książki „Świat według Polki”. Prywatnie znamy się z klubu i muszę przyznać, imponuje mi jako matka i dzielna kobieta, która już czwarty raz zmieniła swoje miejsce zamieszkania na emigracji, tym razem przenosząc się do Nowego Jorku. Teraz mój tekst lata między Stanami, Portugalią i Norwegią.

W książęce pojawią się zdjęcia znanych blogerów z Norwegii. Zresztą… zobaczycie sami J Będą też rysunki Mileny, której prace zachwycały mnie tak, że już dawno wiedziałam – gdy tylko będę kiedyś coś potrzebowała, zgłoszę się do niej. A ta potrzeba pojawiła się podczas jednego ze spacerów. Wpadł mi do głowy pomysł, by taki radosny reniferek był motywem przewodnim książki, prawie jak Koziołek Matołek u Makuszyńskiego. Po części to wina tego, że mam bzika na punkcie reniferów. Milena z przyjemnością zajęła się stworzeniem reniferka, który od razu skradł nie tylko moje serce.

Renifery i szydełkowanie, to takie moje hobby. Podczas jednej z rozmów z Iwoną podjęłyśmy temat sweterków z tekstami do Per Grynt i wspólnych projektów. Wtedy wpadłam na pomysł, by reniferka zrobić też na szydełku. A że obie mamy głowy pełne pomysłów, szybko zabrałyśmy się za pracę, a Iwonka w krótkim czasie wyczarowała uroczego reniferka o imieniu Reni. Z kolei Edytka robi tak cudowne rzeczy, że poprosiłam ja o renifeka z rysunku Mileny, a Edyta wyczarowała tak pięknego Renka Kopytko, że stoi u mnie na biurku i się mi przygląda, tak mnie oczarował.

W międzyczasie inna znajoma – Gosia – z własnej inicjatywy zrobiła zakładkę do książki. Na samym końcu znajdziecie tekst o Reni i Renku Kopytko. Historyjkę napisała Milena, która, tak jak ja, ma słabość do reniferów.

Teraz czeka mnie jeszcze skład, druk i sprzedaż, a w międzyczasie recenzje i wywiady. Trzymajcie kciuki. Do usłyszenia.

Milena:

https://www.facebook.com/SmileyProjectPL/

Iwona:

https://szydelkowecudasie.blogspot.no/

Edyta:

https://www.facebook.com/Szydełkowa-euforia-1620049084756041/

 

 

 

Renifer Mileny
Renifer Mileny

 

Reni

 

Renek Kopytko, Edyta