Nasza wspólna niedziela

Jesień jest moją ulubioną porą roku, ale w tym roku jest ona naprawdę wyjątkowa deszczowa. Na szczęście sa tez cieplejsze dni, bo choć mamy już październik, to na dworze nadal jest pięknie.
A gdzie jesień może wyglądać piękniej jak nie wśród górskich terenów? Dlatego zachęceni pewnego dnia tą piękną pogodą postanowiliśmy wybrać się z mężem na wycieczkę po górach. Jesień to czas polowania, a mąż chciał sprawdzić ile ptactwa, a dokładnie pardwy (Lagopus), jest obecnie w górach. Ptaki te pochodzą z rodziny kurowatych, więc nie siedzą gdzieś wysoko na drzewach, a właśnie chętnie chowają się w klinach, czy krętych, górskich wąwozach, gdzie łatwo im się ukryć oraz zdobyć osłonę przed wiatrem. Celem dzisiejszej wyprawy nie było więc zdobycie jakiegoś szczytu, a zwyczajne łażenie po górach.
I tak ramię w ramię spracerujemy wśród tych malowniczych krajobrazów. Nad nami bezchmurne, błękitne niebo. A wokól nas cała gama kolorów, takich jak odcienie czerwieni, pomarańczy i żółci, które świetnie komponują się z szarością skał i wydobywają z nich ich osobliwy urok. Spacer w taką pogodę po górach to terapia dla ciała i duszy. Bo jesień w górach ma w sobie coś z magii.
I choć był to już październik, to słoneczko nadal cudownie świeciło i pieściło nas, pewnie już ostatnimi w tym roku, promykami swojego ciepła. Ale mimo to, przed wyjściem wyposażyliśmy się w ciepłe swetry, czapki i rękawice, a do plecaka spakowaliśmy termos z kawą, coś do jedzenia oraz dodatkowe ubranie. Bo pogodę w górach, zwłaszcza o tej porze roku, trudno jest do końca przewidzieć. I tak po pewnym czasie czapka, rękawiczki, a wraz z nimi i kurtka powędrowały do plecaka. Powietrze było świeże i orzeźwiające. I choć powiewał od czasu do czasu chłodny wiaterek, a temperatura pokazywała -2 stopnie, to całkiem przyjemnie było tak wędrować tak po prostu przed siebie, bez wyznaczonego celu i czasu. Jedyne przerwy jakie robiliśmy w czasie wędrówki to były małe postoje na bliższą obserwację terenu i łyknięcie trochę wody. Poza tymi krótkimi postojami, podążaliśmy wprost przed siebie, z dala od wydeptanych szlaków. Tylko gdzieś tam w oddali można było dojrzeć myśliwego z dwoma psami łowieckimi, biegającymi w tę i z powrotem.
Słońce grzało tak, że czasami trudno było cokolwiek dostrzec. I idąc tak w promieniach słońca przypomniały mi się słowa piosenki: „iść, ciągle iść w stronę słońca…” Tak właśnie się czułam. Z kolei po ocienionej stronie można było zobaczyć oblodzone już skały. Również małe zbiorniki wodne były już zamarznięte, a w niektórych miejscach nadal był szron. Mąż powiedział, że najlepiej jest tropić pardwę i inne zwierzęta górskie wtedy, gdy spadnie już w nocy pierwszy śnieg, bo wtedy wszystkie ślady są całkiem świeże.
Postanowiliśmy zrobić sobie przerwę i poszukaliśmy miejsca za skałami, by się osłonić od wiatru. Bo choć podczas marszu wiatr zupełnie nam nie przeszkadzał, to jednak gdy się już usiądzie to bardzo szybko robi się zimno. I tak osłonięci, wygrzewając się w ciepłych promykach słońca, nalaliśmy sobie do kubków kawy, i mieliśmy małą tabliczkę czekolady do podziału. Wiatr niepozornie poruszał źdźbłami rosnącej wkoło nas trawy. A my siedzieliśmy tak zrelaksowani i szczęśliwi, delektując się smakiem ciepłej jeszcze kawy. A na koniec jeszcze została nam pomarańcza, zapach której wywował w nas bardzo klimatyczny, świąteczny wręcz nastrój. A jak święta to i oczywiście prezenty…
A co jest najpiękniejszym prezentem? Coś czego nie da się kupić za żadne pieniądze, coś co jest bezcenne i wyjątkowe. To czas poświęcony drugiej osobie. Bo jak twierdzi R.W. Emerson… To co naprawdę możemy dać innym to trochę siebie. I chyba tak właśnie jest. Czasem jedyne co potrzebujemy do szczęscia, to trochę uwagi, zwykły uśmiech, uścisk, wspólne rozmowy i żarty, albo wspólne milczenie. Czasem wystarczy być.
Bo prezentami cieszymy się przez chwilę, a piękne wspomnienia i uśmiech najbliższych pozostaje w sercu na zawsze…

Post navigation